Zielone kakadu o czerwonym dziobie, czyli ostrożnie z tym AI przy kontencie
W nr 1/2025 „Akcentu” (półtora roku od ukazania się numeru) znajduję eseje Lu Xuna w tłumaczeniu Adriana Skoczyńskiego. Od razu wpadam w zachwyt nad tymi krótkimi formami – skondensowanymi, treściwymi, z wdziękiem i bez wysiłku niosącymi ogromne ładunki intelektualne, które zresztą rozrywają się dopiero później, już z dala od tekstu, odłamkowym strumieniem inspiracji.
Na przykład w eseju „O cesarzach” z 1926 r. Lu Xun pisze tak: „W moim domu rodzinnym mieliśmy pewną starą służącą, która kiedyś opowiedziała mi coś o tym, co – jak wierzyła – mogło okazać się pomocne w radzeniu sobie z cesarzami: Cesarz jest straszny! Siedzi na swym smoczym tronie i za każdym razem, kiedy wpadnie w gniew, musi skazać kogoś na śmierć. Trudno jest mu dogodzić. Nie możesz dać mu do jedzenia byle czego. Jeśli dasz mu coś dobrego, co trudno jest zdobyć i czego nie będziesz mógł mu dostarczyć ponownie, kiedy tylko tego zapragnie – jak na przykład melony zimą czy brzoskwinie jesienią – to cesarz rozeźli się i zacznie zabijać ludzi. To właśnie dlatego od dłuższego czasu przez cały rok serwuje mu się łatwo dostępny szpinak. Ale gdybyś powiedział mu, że to szpinak, cesarz wpadłby w gniew i skazał cię na śmierć, bo szpinak to przecież tanie warzywo. Wobec cesarza szpinak należy zatem nazywać zielonym kakadu o czerwonym dziobie. W moich rodzinnych stronach szpinak rośnie przez cały rok, a jego korzenie są tak czerwone jak dziób kakadu”.
Dlaczego ja tu o cesarzu i szpinaku? Raczej nie po to, by przedstawić bardziej prawdopodobną wersję „Nowych szat króla” Andersena (w innej tradycji przekładowej: „Nowych szat cesarza”), w której pewien autokrata był konsekwentnie robiony w ciula przez swe dworskie otoczenie. Chyba także nie dlatego, że powyższy fragment opowiada o spektakularnym rebrandingu identyfikacji pewnej rośliny? Już prędzej dlatego, że czasem zagląda tu do mnie na bloga jeden czy drugi cesarz i mogę w ten sposób zwrócić się do nich wprost. Mam na myśli zarówno cesarzy wielkich krain biznesowych, jak i władców tych małych – kilku lub kilkunastoosobowych – państewek, którymi rządzą niepodzielnie, choć czasami w strukturach większych imperiów. Swoją drogą, znam też paru Napoleonów. I oto pierwszy raz w życiu piszę do grupy docelowej cesarzy, niechby i metaforycznych.
No dobra, drodzy władcy, sądzę, że jako liderzy bardzo lubicie jeść wykwintne potrawy ze srebrnych półmisków. Jednak przyglądajcie się uważniej temu, co na tych zastawach faktycznie jest innowacją, bo wasi ochmistrze (w waszym imieniu) potrafią cmokać tak długo i intensywnie nad kartą dań, póki szpinak naprawdę nie zmieni się w zielone kakadu o czerwonym dziobie. Wystarczy przeciętność, typowość i bezpieczeństwo przepisać językiem wyrafinowanym lub obfitującym w duże kwantyfikatory. Dwa tygodnie temu mignął mi czyjś komentarz o tym, że „reklama generowana przez AI staje się racjonalnym wyborem klientów”, co w istocie jest nadużyciem i wierutną bzdurą – racjonalności nie da się redukować do optymalizacji kosztów. W kolejnym tygodniu widzę przytoczoną głośną medialnie wypowiedź, w której pada zdanie, że dzięki AI dramatycznie obniżają się koszty produkcji przeciętnego kontentu – zatrzymajmy się chwilę i nad tym przekazem, zadając pytanie, po co komu w ogóle, u licha, przeciętny kontent (oczywiście domyślam się, że to tylko nieszczęśliwe gramatycznie ujęcie, że prawdopodobnie chodziło o dramatyczne obniżenie przeciętnych kosztów produkcji kontentu, choć i samo określenie „dramatycznie” też nie wydaje się tu właściwie dobranym słowem dla kontekstu, w którym doniosłe to spostrzeżenie zostało ogłoszone).
Chcecie, drodzy władcy, żeby struktury na waszych włościach bardziej kompleksowo korzystały z AI – bo wskazuje to na innowacyjność waszych państw. Jasne, to jest w trendzie i w wielu dziedzinach ma sens. Jednak warto zaznaczyć, że użycie innowacyjnego narzędzia nie gwarantuje otrzymania innowacyjnego czy kreatywnego kontentu, a wręcz zaryzykowałbym obserwacyjne uogólnienie, że przynosi najczęściej płaski, powtarzalny, bezbarwny i ostatecznie mdły wynik. A czasem i truizmy, jak w niedawnym tekście z pewnego branżowego pisma, w którym autor, chcąc wskazać na zasobność grupy docelowej swego medium, z całkowitą powagą tłumaczył czytelnikowi, że kierowcy jedzą. Ostrożnie więc z tym AI jak z jajkiem – przynajmniej tu mamy pewność, że kura jednak była pierwsza. Pamiętajcie, bo może pamiętacie jeszcze (otoczeni srebrnymi półmiskami), że dobry kontent ma trzy podstawowe kryteria oceny: po pierwsze pozostaje w zgodzie z briefem, po drugie jest rzemieślniczo bez zarzutu, a po trzecie istotnie się wyróżnia. Dobry kontent wręcz nie powinien wyglądać jak inny dobry kontent, ponieważ prowadzi to do sytuacji, w której oba staną się przeciętnym, powtarzalnym kontentem. Jednocześnie nie poprawi go żadna wytworna kwalifikacja. Nikt nie stanie się lepszym rzemieślnikiem, ani jego produkt nie zyska wyłącznie dzięki temu, że posłuży się (nie)wyszukanym credo swojej działalności w stylu (uwaga: zmyślam od ręki): BLAST – Bold / Lean / Agile / Sustainable / Transparent, TRUST – Truth / Respect / Unmask / Simplicity / Team, czy FAST – Facts / Action / Sincerity / Trust.
A poza tym – choćby od czasu do czasu – drodzy moi cesarze, pomińcie ochmistrzów i pogadajcie bezpośrednio z kucharzem.
#bezhashtagów
