DEAFDEAFDEAF – recenzja koncertu
Wczoraj na cyklicznej imprezie Old Skull dość młody band z Manchesteru o nazwie DEAFDEAFDEAF zgarnął mnie do swego świata i wciąż nie wypuszcza.
I myślę, że nie dzieje się tak wyłącznie za sprawą chwytliwych, wręcz przebojowych melodii wokalu (które sobie wciąż podśpiewuję, podobnie jak lubię podśpiewywać pod nosem przebojowe linie Morrisseya). I nie tylko dlatego, że melodie te produktywnie kontrastują z surowymi i motorycznymi łańcuchami dźwięków gitar, basu i bębnów, na których zostały położone – ta dialektyka zresztą zaniesie DEAFDEAFDEAF z pewnością dalej niż gdyby zdecydowali się łasić do publiczności jakąś łatwiej przyswajalną formą muzyczną. I nie wyłącznie dlatego, że ich inspiracje (w pierwszym rzędzie manchesterskie, a jakże!) są czytelne i pożądane – usłyszycie tu i Smithsów, i Chameleons, i Joy Division. Pewnie usłyszycie też wczesny The Sound i dużo post-punkowego dziedzictwa z innych regionów Wyspy, na przykład kilka razy zamajaczył mi także Killing Joke z okresu „Night Time”, a może bardziej nawet „Brighter Than a Thousand Suns”. Wreszcie także nie tylko dlatego, że jest w nich desperacja, która niegdyś byłaby robotniczą, a dziś jest prekariacką, i która wyraża się dobitnie w refrenie piosenki, „City Song”, którą wrzucam na poniższym nagraniu z koncertu: Proletariat in defeat / Proletariat in defeat / Proletariat in defeat / Proletariat in defeat / How we wish it wasn’t so / But there’s still some time to go / ’Til we take what we are owed.
Przede wszystkim przekonali mnie autentycznością – wykonują swoją robotę bez gwiazdorstwa, bez subkulturowych rekwizytów i uniformów, a nawet bez silenia się na odnoszenie zwycięstw. Jest w nich prawda, która daje owoce: melancholię i czarujące uliczne pieśni.
Cheers!